[spis treści]

Listopad 30, 2009 - autor: kaczanowski

SPIS TREŚCI

część pierwsza POCZĄTEK (ODCINKI 1 – 40)
Próba sił z drewnianym bożkiem z szafy.

część druga PODRÓŻ (ODCINKI 41 – 80)
Lot statkiem kosmicznym napędzanym sokami Obcego.

część trzecia PRÓBY (ODCINKI 81 – 120)
40 prób zanim będzie można wejść.

część czwarta PRZEPAŚĆ (ODCINKI 121 – 160)
Spotkanie z Księżniczką Slumberlandu. Zderzenie z rzeczywistością.

część piąta PRZECIWNICY (ODCINKI 161 – 200)
Powolny upadek Slumberlandu.

część szósta POCZĄTEK KOŃCA (ODCINKI 201 – 240)
Najsmutniejsza część.

dodatki:
NAJWIĘKSZE PRZEBOJE PANNY PI PI DU

[40]

Listopad 30, 2009 - autor: kaczanowski

[40] Łza? – pomyślał, czując wilgoć na swoim policzku. Nie, zorientował się, że to woda kapiąca z sufitu.
– Manekin nie będzie już potrzebny! – Krawiec odstawił kukłę pod ścianę i podszedł do łóżka.
Nemo czuł się jakoś dziwnie. Ruszył ręką… Dotarło do niego, że ma na sobie ciężki, czerwony skafander. W grubej rękawicy jego dłoń była dwa razy większa. Zmartwił się, myśląc o tym, jak długa jest przed nim droga. W tak ciężkim kostiumie będzie to trwało wieki, pomyślał. Nawet nie miał siły podnieść się, usiąść na łóżku. Krawiec pochylił się nad nim i pomachał mu przed oczami jakimś świstkiem papieru, który następnie wsunął mu w dłoń. Uwagę Nemo przykuły włosy krawca, były całe mokre. Czyżby aż tak się spocił? Chciał zaproponować mu, żeby poszedł sobie do łazienki po ręcznik, ale nie zdążył, bo Krawiec założył mu na głowę przeszklony kask, a w każdym razie coś, co wyglądało jak szklana bańka, czy akwarium. Akwarium? – zdziwił się, widząc fruwającego nad sobą skalara. Krawiec również uniósł się, lewitował tuż nad Nemo, trzymając w dłoni koniec ogrodowego węża. Sprawnym ruchem przytwierdził go do skafandra Nemo, gdzieś w okolicach brzucha. Mówił coś jeszcze, ale z jego ust wyleciały tylko bąbelki powietrza. Nie jestem na łóżku, jestem w wodzie, uświadomił sobie Nemo. W sypialni wszystko wokół niego pływało, książki, buty, koszule. Poczuł jakiś zryw, to przytwierdzony do skafandra wąż pociągnął go za sobą. W ten sposób wypłynął na korytarz. Całe szczęście, że drzwi były otwarte – pomyślał. Wąż ciągnął go w dół, wzdłuż schodów. Kiedy wpłynął do holu, zobaczył rodziców, oboje machali do niego, ojciec nawet złapał go za nogę. Nemo wypłynął z nim na ulicę. Mój ojciec prawie nic nie waży, prawie nie czuję, żebym go ciągnął ze sobą, pomyślał i zerknął w stronę swoich nóg, upewnić się, czy cały czas tam on jest. Był, i to nie sam, gdyż jego łydki trzymała się Toffi. Wąż szarpnął mocniej, zwiększyli prędkość. Nemo minął dryfującego w pobliżu Pechowego Billa. Obok niego pływały otwarte trumny z jego zakładu pogrzebowego, w jednej z nich zauważył siedzącego Doktora, w każdym razie tak mu się wydawało, chociaż nie był pewien, bo coś, co w pierwszej chwili wydawało się być starszym panem, okazało się mieć zamiast rąk płetwy. Nemo chętnie zapytałby ojca, co o tym wszystkim sądzi, zerknął nawet w jego kierunku, przy okazji zauważając, że Toffi ciągnie za sobą na smyczy Chininę. Dobrze, że o nim pamiętała – pochwalił ją w myślach. Przepłynęli obok roju Afrykańskich Pszczół i plakatu zapowiadającego koncert Panny Pi Pi Du: Popękają wszystkie szyby w oknach! Pod nimi rozciągał się teraz las, Nemo przypomniał sobie o swoich baletkach i zerknął, co właściwie ma na nogach. Odetchnął z ulgą – skafander kończył się porządnymi, budzącymi zaufanie butami. To dobrze, baletki jeszcze mogłyby wpaść na coś głupiego, pomyślał. Zaraz, zaraz… Tam, gdzie dotąd był ojciec, teraz płynął jedynie jego garnitur, rękaw marynarki trzymał się o zaczep przy bucie Nemo. Dalej podobnie, do nogawki spodni ojca przywiązana była sukienka Toffi, do niej z kolei smycz, za którą płynęła zbroja Halabardnika. Czy to możliwe, żeby wypadli z własnych ubrań? Nie miał czasu zastanawiać się, jak do tego doszło, przepłynął właśnie obok stroju listonosza i jego otwartej, służbowej torby. Jego uwagę zwróciła ławica otwartych kopert i listów. Dał radę odczytać treść kilku pocztówek. Pogoda jest koszmarna, poza tym Nemo zachowuje się tak, jakby nic się nie stało – widniało na jednej z nich. Kupiliśmy już wszystko, co tylko było potrzebne, natomiast Nemo uparł się, że założy na siebie te idiotyczne, bordowe spodnie… – pisał ktoś inny. Nemo nagle poczuł, że zbliża się do czegoś wielkiego, wyczuł obecność jakiejś olbrzymiej masy. Zerknął w tę stronę. Zbliżał się do bardzo dużego statku kosmicznego, główny właz był już otwarty a wąż, który ciągnął go przez całą drogę ginął gdzieś w jego wnętrzu. Wpłynął na pokład, kilku lokajów złapało go i pomogło stanąć na rampie.
– Witamy! Zapraszamy w rejs do Slumberlandu – usłyszał, ktoś pomógł mu zdjąć kask. Pomyślał, że dobre wychowanie nakazuje zdjąć też mokre buty. Ściągnął je i zobaczył, że pod nimi, na jego stopach kryją się baletki.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

[39]

Listopad 22, 2009 - autor: kaczanowski

[39] Otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Jego mama wydawała z siebie odgłosy jak świnia. Dopiero po chwili zauważył, że to nie do końca tak. Mama klęczała przed szafą i trzymała, przygniatała do podłogi małego, kwiczącego prosiaka, to on wydawał z siebie te dzikie odgłosy. Pacnęła go po uszach. Mimo wszystko zachowywała się dziwnie. Przewróciła zwierzę na bok i związała mu nóżki sznurem, który wyjęła z kieszeni. Tak spętanego wrzuciła szybkim ruchem do szafy, natychmiast zatrzaskując za nim drzwi.
– Przecież wszystko tam zapaskudzi – Nemo zaprotestował.
– Nic dziecko nie rozumiesz – tylko pokręciła głową, zdegustowana. Wstała z kolan – On się tego dopomina… Bez niego ani rusz… Trzeba, to trzeba… Taki los… Ko, ko, ko, ko, ko!!!
Pomyślał, że znowu się przesłyszał, i rzeczywiście, to nie mama gdakała, a kura, którą wyjęła spod spódnicy. Ptak miał związane nogi, tak jak prosię i tak samo wylądował w szafie.
– Podziubie mi wszystkie swetry! – jęknął Nemo.
– Nic nie rozumiesz, słuchaj się matki, wszystko dla twojego dobra – wyrecytował ojciec, który pojawił się w sypialni nie wiadomo skąd. Mama odsunęła się, żeby zrobić mu miejsce. Otworzył szafę i wrzucił do środka pudełko cygar. Pogrzebał w kieszeniach i dorzucił po chwili pudełko zapałek.
– Tato, boję się, że kiedyś umrzesz a ja nie zdążę z tobą poważnie porozmawiać… – Nemo zebrało się na wyznania, nie wiedział właściwie dlaczego. Ojciec chyba nie usłyszał. Cały czas przeszukiwał kieszenie. Sięgnął po portfel, wyjął z niego plik banknotów i wsunął je do szafy przez szparę w drzwiach. Tymczasem mama podeszła do Nemo i bez żadnego ostrzeżenia obcięła mu nożyczkami kosmyk włosów.
– Czasami mam takie wrażenie, jakbyś patrząc na mnie, widziała zupełnie kogoś innego, jakbyś spoglądała gdzieś za mnie, na kogoś z tyłu… I wtedy przeszywają mnie takie podskórne dreszcze, taka fala obrzydzenia – zwierzył się jej Nemo, jednak ona puściła to mimo uszu. Wrzuciła kosmyk do szafy, najpierw szepcząc coś do niego.
– Co powiedziałaś? – zainteresował się.
– Nigdy nie kochałam twojego ojca – powtórzyła głośniej – Uważałam, że to burak bez kultury i jakiegokolwiek taktu.
Ojciec wyjął plik zdjęć z wewnętrznej koszuli marynarki. Wylądowały w szafie, jak wszystko.
– Nie dosłyszałem, co mówisz? – zapytał Nemo, bo wydało mu się, że tata rusza ustami, mruczy pod nosem.
– Chciałem hodować konie, rozbudowywać stadninę, a tu klops! Klops i kaszana! – powiedział głośno ojciec.
Do sypialni weszły Kuzynka i Toffi. Ta pierwsza ciągnęła tę drugą na sznurze przywiązanym do szyi. Toffi miała na sobie jasną, półprzezroczystą koszulę nocną i czarną opaskę na oczach, nic więcej. Kuzynka i rodzice wepchnęli ją do szafy, szybko zamykając za nią drzwi.
– Masz babo placek – oznajmił ojciec.
– Nie dla psa kiełbasa – dodała matka.
– Głupia flądra, ma co chciała – dorzuciła Kuzynka.
Z szafy wydobył się głęboki, dudniący dźwięk. Jej drzwi otworzyły się z impetem, na dywan wypadła figurka drewnianego bożka, za nią wyskoczył prosiak, który natychmiast schował się pod łóżkiem. Ojciec, matka i Kuzynka padli plackiem przed figurką. Nemo czuł, że musi coś powiedzieć, zupełnie jednak nie wiedział, co.
– Musztarda po obiedzie, kaszka z mlekiem – mruknął w końcu. Na szczęście do sypialni wszedł Krawiec. Energicznym ruchem podniósł figurkę.
– Manekin – powiedział i rzeczywiście, teraz przypominała ona krawieckiego manekina.
– Nic tu po nas – usłyszeli głos Toffi wydobywający się spod łóżka.
Nemo poczuł wielką senność i zmęczenie tym wszystkim, oczy same mu się zamknęły.

[38]

Listopad 17, 2009 - autor: kaczanowski

[38] Drzwi otworzyły się tak gwałtownie, że aż zaniepokoił się, czy nie wylecą z futryny albo nie roztrzaskają się o ścianę. Do pokoju wbiegł jego tata w wyjątkowo dziwacznym stroju, czymś co wyglądało jak trzy abażury od trzech różnych lamp: największy miał chyba udawać suknię, środkowy stanowił coś w rodzaju kubraczka a najmniejszy tkwił na jego głowie jak czapka.
– Nemo, Nemo, czyś ty zapomniał kompletnie o swojej księżnicze i o jej pięknym Slumberlandzie, czy ty już nie chcesz złożyć jej wizyty? – ojciec próbował mówić cienkim, zniewieściałym głosikiem – z fatalnym skutkiem. Dygnął jak baletnica.
– Tato? Wyszedłeś z wujkiem? Mama prosiła, żebyś nie wracał dopiero nad ranem – zapytał, domyślając się przyczyn jego dziwacznego zachowania. Ojciec w pierwszej chwili zupełnie oniemiał. Dygnął jeszcze raz, zupełnie bez sensu.
– Z wujkiem nic… Tego… Taki żart… Sprawdzam twoją czujność – w końcu odpowiedział, cały czas z niepewną miną. Nagle drzwi otworzyły się po raz drugi, równie gwałtownie jak przed chwilą, uderzyły przy tym ojca, który ogłuszony padł na dywan. Do pokoju wbiegł Doktor.
– Nemo, Nemo, ileż można spać, gdy księżniczka buzi chce ci dać!? – zaśpiewał, okropnie fałszując. Doktor miał na sobie futro z norek. Jego twarz szpecił wyjątkowo niechlujny, wulgarny makijaż. Najdziwniejsze były jednak stopy. Bezpośrednio z nagich pięt wyrastały czerwone szpilki, zupełnie, jakby w jego nogi wrosły buty na wysokim obcasie. Zachwiał się, miał spory problem z utrzymaniem równowagi.
– Doktorze, pan już zupełnie oszalał? – zapytał z wyrzutem.
– E… Eksperymentuję… Znaczy, sprawdzam, czy wszystko z tobą w porządku… Czy nie masz omamów… Odpałów… Opiatów… – chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w tym momencie drzwi do sypialni uderzyły go. Przewrócił się, tracąc przytomność.
– Uratuj swoją księżniczkę, uratuj ją, miej litość na boga! – kolejnym gościem okazał się Pechowy Bill ubrany w długą, czarną, żałobną suknię.
– Twa pani więdnie bez ciebie jak lilie bez wody! – lamentował, padając na kolana.
– Może lepiej nie zamykaj drzwi – Nemo zaproponował, przewidując dalsze kłopoty, jednak było już za późno. Ledwo, co drzwi się zamknęły, już z powrotem otworzyły się, nokautując Billa. Halabardnik wkroczył do sypialni, a właściwie wjechał na wrotkach. Miał na sobie strój cheerleaderki: czerwoną spódniczkę, koszulkę z logo klubu Slumberlandzkie Czarne Owce, bladoróżowe pompony w dłoniach.
– Ruszaj do boju, ruszaj do boju, bez twej twardej dłoni księżniczka nie zazna spokoju! –  zdążył zawołać, zanim gwałtownie otwierane drzwi nie ogłuszyły go.
Do sypialni wszedł Krawiec. Ubrany jak zwykle. Leżąca pod ścianą góra nieprzytomnych mężczyzn nie zdziwiła go ani trochę, przeciwnie, zachowywał się tak, jakby się jej spodziewał. Przyklęknął i zaczął ich przeszukiwać.
– Może byś się ruszył i pomógł, co? W końcu, nie robię tego dla siebie – upomniał Nemo. Ton jego głosu był tak kategoryczny, że ten posłusznie wstał i zbliżył się do niego.
– Masz, trzymaj, przyda się – Krawiec podał mu zdjęcie, które wyjął z torebki, jaką miał przy sobie Doktor. Nemo przyjrzał się fotografii. Przedstawiała scenę rozgrywającą się na sali operacyjnej. Na stole leżała Księżniczka, wokół niej krzątały się pielęgniarki. Doktor szukał czegoś na podłodze, musiał przed chwilą coś upuścić. Księżniczka miała operowane kolano.
– Właśnie… – Krawiec podał mu kolejną fotografię, mocno wymiętą, tym razem znalezioną w skarpetce ojca. Księżniczka leżała na plaży, otoczona gwardią kelnerów. Tuż przed nią leżał ojciec, a właściwie tylko jego głowa, bo reszta ciała była zasypana w piasku. Księżniczka rzucała w stronę głowy jakiś mały owoc, najprawdopodobniej czereśnię – fotograf uchwycił na zdjęciu moment, gdy ta leci, zbliża się do czoła ojca. Jeśli dobrze się przyjrzeć, można było zauważyć więcej czereśni leżących w jego pobliżu. Nemo chciał coś powiedzieć, ale wtedy drzwi otworzyły się po raz kolejny, uderzając go. Zrobiło mu się ciemno przed oczami.

[37]

Listopad 8, 2009 - autor: kaczanowski

[37] Przez chwilę był święcie przekonany, że słyszy chrapanie dziadka. Przypomniało mu się nawet ulubione powiedzenie starszego pana: Krawiec tak kraje, jak mu materiału staje. Usiadł na łóżku. Zobaczył szczura. Zwierzę stało na dywanie, przed drzwiami, zagradzając wyjście z sypialni.
– Nie boję się szczurów – powiedział, wyraźnie czując na sobie spojrzenie gryzonia. Równocześnie wyczuł językiem, że rusza mu się przedni ząb. Obawiając się, że zaraz go połknie i nim zadławi, wypluł go przed siebie. Ząb wylądował na dywanie. Szczur podbiegł, i zanim Nemo zdążył zaprotestować, złapał go w pysk i zjadł. Wszystko to stało się w mgnieniu oka, po chwili zwierzę było z powrotem na swojej pozycji, przed drzwiami. Nemo pomyślał, że wstanie, ubierze się i wyjdzie. Jednak zamiast tego wszystkiego, westchnął i sam przed sobą się przyznał.
– Dobra… Trochę się ich boję… – szczur patrzył na niego bez najmniejszego strachu, bezczelnie, jakby czekał na jego następny ruch.
Dotykając językiem szpary po wyplutym zębie wyczuł, że sąsiedni też trochę się chwieje. Wyjął ruszający się ząb i pokazał go z daleka szczurowi. Zwierzę drgnęło, zainteresowało się.
– Masz, zaprzyjaźnijmy się – rzucił zębem tak, by spadł krok przed gryzoniem. Szczur podszedł, obwąchał go, tym razem trochę podejrzliwie, ale w końcu zaczął chrupać. Nemo wykorzystał ten czas, by ostrożnie zejść z łóżka. Szczur zerknął na niego podejrzliwie.
– Mój dziadek zawsze mawiał, że szczury to najinteligentniejsze zwierzęta na ziemi – rzucił komplement w stronę zwierzęcia, niby od niechcenia. Sięgnął do ust i wyjął z nich trzeci chybotliwy ząb, tym razem gdzieś z tyłu, szóstkę czy siódemkę. Starając się nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, kucnął i położył ząb na dywanie. Szczur zamarł w oczekiwaniu. Nemo spokojnie wyprostował się i cofnął w stronę szafy. Gryzoń podbiegł po zęba, złapał go i zaniósł pod drzwi. Tymczasem Nemo otworzył szafę i wyjął z niej spodnie i kurtkę. Przez chwilę wydawało mu się, że drewniany człowiek ukryty za koszulami pokazuje mu język. Dopiero po chwili zorientował się, że to tylko owinięty wokół twarzy posągu, czerwony krawat. Dlaczego ojciec nie trzyma rzeczy w swojej szafie? – zdziwił się. Usłyszał chrupnięcie, szczur zżarł ząb.
– Dziadek opowiadał też, że dorodny szczur potrafi zjeść kota i przestraszyć niejednego psa. Taki foksterier nie ma z królem szczurów najmniejszych szans, jest na to za głupi – powiedział, rzucając szczurowi kolejny ząb. Zwierzę złapało go w locie, na chwilę znowu miało się czym zająć. W tym czasie Nemo przebrał się i zaczął rozglądać za butami.
– Dziadek był pod tak wielkim wrażeniem ich inteligencji, że nakazał babci codziennie przebywać przynajmniej kwadrans w towarzystwie szczura. W ten sposób oduczał ją krzyczeć i wskakiwać w panice na krzesło…
Założył trampki, spokojnie, bez pośpiechu zawiązując sznurowadła. Szczur obserwował jego ruchy, wciąż stojąc na drodze do wyjścia. Nemo wypluł na otwartą dłoń jeszcze dwa zęby. Położył je tuż przed sobą, licząc, że kiedy szczur po nie podbiegnie, on zdąży otworzyć drzwi i wybiec na korytarz.
– Babcia każdego dnia polerowała noże, trzymając szczura na ramieniu. Musiała się oswoić z tymi zwierzętami, w końcu dziadek był szczurołapem – powiedział, i natychmiast zrozumiał, że zrobił coś nie tak. Szczur syknął dziwnie, przyjął bojową postawę. Nie miał najmniejszego zamiaru ruszyć się spod drzwi, jakby przejrzał podstęp Nemo.
– Szczur babci wabił się Arystoteles, sama go tak nazwała – próbował jeszcze załagodzić sytuację. Nagle drzwi otworzyły się z impetem uderzając gryzonia, przygniatając go do ściany. Krawiec wszedł do sypialni, podniósł szczura za ogon i kilkoma zdecydowanymi ruchami wytrząsnął z niego całkiem sporą stertę najróżniejszych guzików. Chyba żaden z nich nie był do pary.
– Niepotrzebny nam taki szmelc – powiedział z dezaprobatą i wyszedł.

[36]

Listopad 2, 2009 - autor: kaczanowski

[36] Co to było za słowo? Czy zaczynało się na A? Ab…? Nemo poczuł się tak, jakby w jego głowie utworzył się wir, mała trąba powietrzna, która coś wsysa i gubi.
– Twoja matka prosiła, żebym z tobą porozmawiał… – ksiądz siedzał na krześle przy jego łóżku, przygarbiony, szeptał, jakby mówił coś w wielkiej tajemnicy. Równocześnie, jakby od niechcenia poprawił kołdrę – Martwi się o syna…
Na moment jego uwagę przykuł plaster na dłoni księdza, plaster i paznokieć u dużego palca, żółty, posiniały. …bli…? – słowo, którego nie mógł znaleźć w pamięci, nie dawało mu spokoju. To była nazwa czynności? Cecha charakteru? Coś z łaciny?
– Kanibalizm jest potwornym grzechem – duchowny spojrzał mu głęboko w oczy – Prowadziłem misję na wyspach Oceanii i widziałem potworności, których z pewnością nie chciałbyś ujrzeć… – ksiądz pochylił się, by poprawić ułożenie baletek schowanych pod łóżkiem. Na karku miał głęboką bliznę, musiał zostawić ją pazur drapieżnika.
Ale, hmmm… To słowo opisywało coś bardzo ważnego, pamięta, że słyszał je kiedyś na ulicy, kiedy…? Ech, zezłościł się czując, że zaginiony wyraz wciągnął w czarną dziurę całe zdarzenie. Kto wypowiadał to słowo? I dlaczego?
– Zezwierzęceniu powinniśmy przeciwstawić oręż swojego człowieczeństwa! – ksiądz uniósł głos, równocześnie wstając z krzesła z wielkim animuszem. Podszedł do biurka i zaczął przestawiać leżące na nim książki. Gruby tom Rośliny trujące położył pod spód, nakrywając je Poradnikiem pszczelarza.
Teraz Nemo nie mógł przypomnieć już sobie: zaginionego słowa, jakiegokolwiek łacińskiego wyrażenia, nazwiska swojej nauczycielki łaciny, ulicy, stroju człowieka, który mówił coś na A a może na Ce… Zdaje się, że słowem tym określano pewnego władcę, ale który to był król i jakiego państwa? Kogo o to zapytać? Nazwisko pani od historii też wyleciało mu z głowy.
– Pewnej nocy, gdy wyspę pustoszył monsun, dzicy mieszkańcy wioski, wyznawcy pogańskiego bożka, niby to trzmiela, niby żółwia a niby małpy, zapukali do wrót mojego kościoła… – ksiądz zdjął wiszącego na ścianie anioła stróża zawiązującego dziecku sznurówkę i zawiesił w jego miejsce obrazek, który wyjął z teczki. Teraz dziecko płakało, pokazując zdarte do krwi kolano, anioł stróż siedział obok niego na ławce i pocieszał je, pokazując, że też ma zabandażowaną nogę.
Jak nazywa się ta przypadłość, kiedy człowiek coś zapomina? Ma to swoją nazwę – męczył się dalej Nemo.
– Wpuściłem dzikich do świątyni, żeby przeczekali noc. Rano, gdy huragan zelżał i wyszło słońce, odprawiłem mszę, w której ochoczo uczestniczyli. Wdzięczni wielce Bogu za ratunek, wychwalali go pod niebiosa swym śpiewem Ryby! Ryby! Homary! Piękne muszle! –  duchowny jeszcze raz sięgnął do teczki, tym razem wyciągając z niej mocno pognieciony, biały strój ministranta – i kiedy już myślałem, że łaska duchowego oświecenia zapukała do ich dzikich duszy – żeby podkreślić efekt swojej przemowy, zapukał kłykciem w drzwi szafy – okazało się, że przyrządzają zupę ze swojego szamana, człowieka-świni!
Nemo zaczął wpadać w panikę. Co, jeśli każda rzecz, o której będzie chciał pomyśleć, zniknie w mętnym i nieokreślonym wirze? Szybko zadał sobie pytanie – jaka jest jego ulubiona zupa? Poczuł jej zapach, przypomniał sobie smak i barwę… Krem z pomidorów! Uff, cóż za… Co za… Utrata? Folga? Przerażenie wróciło z jeszcze większą siłą.
– Zaczęli nazywać mnie człowiekiem-żółwiem! Gdy szedłem wioską, dzieci biegły za mną, niosąc ogromne liście palmy, przykładając mi je do pleców i śpiewając Żółwia pech, ludzki śmiech! – ksiądz złapał za drzwi do szafy, by zajrzeć do środka, pierwsze jednak otworzyły się drzwi do sypialni. Uderzyły go w tył głowy. Osunął się nieprzytomny na podłogę.
– Wiem! Wiem! Wiatr i krzem! – wołał podekscytowany Krawiec, wbiegając do pokoju.
– Ryby! Ryby! Komary! Opuść puszczę stary! – Nemo chciał powiedzieć coś zupełnie innego, ale tylko to  udało mu się wykrzyczeć.

[35]

Październik 28, 2009 - autor: kaczanowski

[35] Hipnotyzer siedział na krześle, które zastawiało drzwi do pokoju. Klasnął dwa razy.
– Jeśli ktoś będzie chciał wejść, przewróci cię – zwrócił uwagę mężczyźnie.
– Jeśli będziesz chciał wyjść, będziesz musiał nade mną przefrunąć – hipnotyzer rzucił szybką ripostę. Jego strój było w tragicznym stanie, pogniecona koszula wystawała ze spodni.
– Poniosłeś kiedyś klęskę? – zapytał. Wygląd gościa nie wzbudzał w nim zaufania.
– Ekhem, ekhem! Kiedy klasnę dwa razy, obudzisz się – ten powiedział i znowu zaklaskał, jakby na próbę.
– A uczestniczyłeś może kiedyś w seansie spirytystycznym? Myślisz, że mógłbyś zahipnotyzować ducha? – dociekał.
Hipnotyzer nie zamierzał odpowiadać, był chyba zły, że jego pacjent nie skupia się dostatecznie na tym, co trzeba.
– W stanie pełnej hipnozy udasz się do Slumberlandu, rozumiesz?
– Nie do końca rozumiem, jak to działa… A jeśli sam klasnę dwa razy, powiedzmy w teatrze, widząc wyśmienity spektakl baletowy? – zgłosił wątpliwość.
Hipnotyzer tylko głęboko westchnął, podłamany jego dociekliwością. Postanowił nie wchodzić w dalszą dyskusję, tylko wziąć się czym prędzej do roboty.
–  Twoja prawa ręka robi się ciężka, coraz cięższa, waży tyle, co piętnaście worków cementu… –  powiedział hipnotycznym, głębokim tonem.
Zadziałało, rzeczywiście poczuł ogromny ciężar w prawej ręce. Natychmiast opadła na łóżko, łamiąc je, jakby to była zapałka. Znalazł się na podłodze, wśród skotłowanej kołdry, sprężyn i połamanych desek.
– Teraz twoja lewa ręka robi się ciężka, jeszcze cięższa… – hipnotyzer dalej mówił swoje –Waży prawdopodobnie tyle, co wóz strażacki z drabiną…
Jego lewa ręka opadła na dywan z jeszcze większą siłą, niż prawa. Podłoga zatrzęsła się, coś pod nim trzasnęło i pękło.
– Jak masz na imię? – zapytał hipnotyzer swoim tubalnym tonem.
– Nemo… – odpowiedział, czując w tym samym momencie, że podłoga ostatecznie poddaje się pod jego ciężarem. Runął i wraz z dużą stertą gruzu wylądował pośrodku salonu.
– Nemo?! Straciłeś rozum, chłopcze?! – krzyknęła przerażona całym zajściem mama. Siedziała na sofie, teraz wstała. Widząc rozmiar szkód ze złości rzuciła filiżanką.
Na ścianie, w którą trafiła pojawiła się wyraźna rysa, pęknięcie, uderzenie musiało być potężne. Pomyślał, że klaśnie dwa razy i cały koszmar się skończy. Jego ręce wciąż jednak były za ciężkie, by mógł nimi choćby lekko ruszyć. Ściana zaczęła się sypać. Rumor obudził drżemiącego w fotelu ojca. Zezłoszczony hałasem, zamachnął się zwiniętą w rulon gazetą i pacnął nią w drugą ścianę. Ceglany mur wgniótł się, jakby był zrobiony z kiepskiej tektury. Coś chrupnęło, konstrukcja domu wyraźnie zachwiała się.
– W takich warunkach nie można ćwiczyć! – wrzasnęła baletnica, którą hałasy sprowadziły do salonu. Z wściekłością tupnęła nogą.
Tym razem runęło wszystko, ściany, reszta sufitu, załamała się pod nimi podłoga. Wylądowali w piwnicy. Dom obrócił się w całkowitą ruinę. Wśród połamanych mebli i pokruszonych cegieł leżeli wszyscy: Toffi, Doktor, kuzynka… Z gruzu wystawała halabarda, halabardnik też musiał gdzieś tu być. Klown śmiał się histerycznie, trudno było ten jego rechot wytrzymać. Hipnotyzer spadł mu wprost na głowę, teraz zsunął się i otrzepał spodnie.
– Na razie wszystko przebiega idealnie – ocenił.
Grizzli zaryczał, prawdopodobnie z głodu.
– Twoja prawa noga robi się coraz cięższa… – hipnotyzer wrócił do swojej roli.
Usłyszeli klaśnięcie, jedno i drugie.
– Służba! Trzeba będzie to wszystko posprzątać! – zakomendrowała mama, przywołując lokaja i służącą.

[34]

Październik 24, 2009 - autor: kaczanowski

[34] Zeskoczył z łóżka pełen energii, bez zbędnego zastanawiania się wciągnął spodnie, sweter i kurtkę. Buty? Znalazł tylko baletki, trudno, założył je i wybiegł z pokoju. Śpiący w korytarzu Ministrant, widząc jego entuzjazm, zerwał się i szczekając radośnie rzucił w kierunku schodów. Prawie na siebie wpadli. Starając się ominąć psa, potknął się jednak, stracił równowagę i z hukiem spadł ze schodów, koziołkując kilka razy.
– Dziecko, to cud, że nie skręciłeś karku! – powiedziała z przerażeniem mama. Stała w holu i patrzyła na niego osłupiała. Podskoczył do niej, dał całusa w policzek i wybiegł na ulicę. W ostatniej chwili ominął pędzącego rowerzystę, nie zauważył jednak samochodu, małej półciężarówki wypełnionej arbuzami. Wpadł pod koła, auto przejechało mu po brzuchu.
– Nic się nie stało, proszę się nie niepokoić! – zawołał do kierowcy, który wytoczył się z kabiny blady jak ściana. Nie chciał marnować czasu na dalsze uspokajanie mężczyzny, więc tylko pomachał mu na pożegnanie. Biegł dalej, przyśpieszył widząc, że ludzie pokazują go sobie palcami. Słyszał gdzieś za plecami gwizdek policjanta. Przyspieszył jeszcze bardziej. Wpadł w zakręt z olbrzymią prędkością. Kwiaciarka, pani Ludendorff, wylewała akurat wodę z wiadra, poślizgnął się na mokrym bruku i wylądował pośrodku torów tramwajowych. Motorniczy nadjeżdżającego tramwaju nacisnął hamulec, ale było za późno, wagon przetoczył się przez niego, przy okazji wypadając z szyn. Wstał patrząc przestraszony, czy nikomu z pasażerów wywróconego na bok tramwaju nic się nie stało. Powoli wychodzili przez rozbite okna, otrzepywali się z drobin potłuczonego szkła. Motorniczy wygramolił się ze swojej kabiny.
– Gdzie masz oczy łobuzie! – zaczął mu wygrażać. Znowu usłyszał policyjny gwizdek, rzucił się więc do ucieczki.
Wpadł do dzielnicy, którą odwiedzali bardzo rzadko. Część sklepów i mieszkań miała powybijane szyby, często pozabijane deskami. Chodnika dawno nikt nie sprzątał. Na rozłożonych na nim gazetach spali ludzie w dziurawych, brudnych łachmanach.
– Hej, ty! Zatrzymaj się! Znam cię! – ktoś krzyknął za jego plecami. Postanowił nie reagować, nie odwracać się.
– Stój! To ty jesteś kumplem Doktora! Widziałem cię! Hej!
Usłyszał strzały z rewolweru, poczuł delikatne pieczenie na plecach. Biegł dalej.
– Hej! Trafiłem cię! Trafiłem cię do cholery! – krzyczał furiat.
Jego głos był jednak coraz cichszy. W ogóle na ulicy zrobiło się bardzo cicho. Tuż przed nim stanęły dwie pielęgniarki niosące nosze. Człowiek na nich był przykryty od stóp do głów białym płótnem.
– Nie kręć się tutaj – szepnęła pierwsza z kobiet.
– Tyfus – dorzuciła druga.
Biegł nie przejmując się tym wszystkim. W oknie jednej z kamienic stała kobieta, płakała. Na ulicy leżeli ludzie. Majaczyli w gorączce.
– Małpy przynoszą pecha! Szympansy, szczególnie szympansy! – chudy staruszek o czerwonej twarzy i obłędzie w oczach próbował złapać go za rękaw.
– Krawiec oszukuje, za każdym razem oszukuje na materiale – mamrotała młoda kobieta. Miała na sobie tylko majtki i brudną halkę. Wyglądała jak wyrzucona na śmietnik lalka.
Nagle, tuż przed nim wyrosła ściana, mur kończący ulicę. Cofnął się, skręcił w następną uliczkę, ta jednak też była zamurowana. Jeszcze raz spróbował, wbiegł w szeroką ulicę, niestety, po kilkuset metrach ona również kończyła się ścianą.
– Nie wiecie, którędy do Slumberlandu? – zapytał siedzące na krawężniku dzieci. Najmniejsza dziewczynka zaczęła płakać, reszta malców rozbiegła się przerażona. Zapukał do najbliższych drzwi, ale w odpowiedzi usłyszał tylko szczęk zamka. Ktoś szybko zatrzasnął okiennicę. Chciał zapytać panią niosącą zakupy, ta jednak zaczęła uciekać z krzykiem.
– Powinien nie żyć… Dawno powinien być martwy… – usłyszał szepty.

[33]

Październik 14, 2009 - autor: kaczanowski

[33] Sięgnął po pamiętnik leżący na nocnym stoliku. Mały zeszyt ze zdobioną, sztywną oprawą i sznurkiem, którym można było przepasać go i zawiązać, utrudniając zerknięcie do środka. Odsupłanie go zajęło kilka chwil. Para rara para rara, głowie dalej jest do ciała…, zanucił piosenkę Panny Pi Pi Du. Wyjął z szuflady pióro i zdążył napisać: Nie, gdy nagle jego uwagę przykuł maszerujący po podłodze robak. Niewielki karaluch? Rozejrzał się za czymś, czym mógłby zgładzić insekta. Kapcie były za daleko a karaluch szedł zbyt żwawo. W ostatniej chwili zrzucił na niego pamiętnik.
– Ble! – podniósł zeszyt z obrzydzeniem. Karaluch leżał rozgnieciony na podłodze. Okładka pamiętnika lekko się zabrudziła a jemu odechciało się dalej w nim pisać.
Jeszcze raz spojrzał na robaka. Coś poruszyło się, odpadł pancerzyk a spod niego wygramoliła się stonka. Ze zdziwieniem zauważył, że jest większa od karalucha, z którego wylazła. Właściwie, nigdy nie widział tak dużej stonki, była wielkości małej śliwki. Ocenił, że jego pamiętnik to zbyt lekka broń w tym przypadku. Kapcie też nie wydawały się odpowiednie. Wyskoczył z łóżka i podbiegł do biurka. Pierwsze, na co zwrócił uwagę, to leżący pośrodku dokument, zerknął na nagłówek i przeczytał: Rachunek za wyśmienite usługi krawieckie, których skutek przeskoczy przyczynę, wymienione poniżej. Nie było czasu, by wczytywać się teraz w jego treść, chwycił pierwszą z brzegu książkę i śpiesząc się, by stonka nie ukryła się gdzieś pod łóżkiem czy szafką, zrzucił ją z wysoka na podłogę. Dopiero teraz przeczytał tytuł tomu: Wspomnienia fruwającego człowieka. Nie przypominał sobie, by czytał tę książkę. Otworzył ją, żeby sprawdzić, czy ma ilustracje. Dziwne, była tylko jedna. Przedstawiała salon i rodzinę siedzącą przy stole. Oprócz kobiety, najpewniej matki, wszyscy członkowie familii byli mężczyznami, mieli brody i trudno było określić ich wiek, stwierdzić, który z nich jest ojcem. Podpis pod ilustracją brzmiał: Tuż przed opuszczeniem rodzinnego gniazda. Kolacja. Podniósł książkę, coraz bardziej zaciekawiony. Na podłodze leżała rozkwaszona stonka. Jej pancerzyk zachwiał się i osunął. Spod niego wyłonił się robak. Był jeszcze większy od stonki, miał połyskliwy pancerz i był chyba jakimś gatunkiem chrząszcza. Prawdziwy olbrzym, wielkości sporej bułki. Wspomnienia fruwającego człowieka miały zdecydowanie za małe gabaryty, by nimi w niego uderzyć. Przeszedł go dreszcz obrzydzenia. Potrzeba jakiejś grubszej książki – wrócił do biurka i sięgnął po Biblię w obrazkach. Nie, to nie wypada, zmienił zdanie i odłożył ją z powrotem. Obejrzał się. Robak szedł powoli w jego kierunku. Encyklopedia stawonogów, tom VII. Podniósł ją wysoko, nad głowę, i puścił. Spodziewał się mokrego plaśnięcia, na szczęście usłyszał tylko głuche tąpnięcie po uderzeniu księgi w podłogę. Przy okazji tom otworzył się, dokładnie na zdjęciu podpisanym Chrząszcz Goliat.
– A więc to ty – powiedział, rozpoznając zabitego właśnie owada. Zapominając o obrzydzeniu podniósł encyklopedię, by upewnić się, że to prawda. Właściwie powinien tego się spodziewać. Spod chitynowego pancerza wyłaniał się następny, jeszcze większy robal, napęczniały, coś jak przerośnięta, gigantyczna biedronka. Z przerażeniem stwierdził, że monstrum sięga mu prawie do kolan. Żadna z moich książek nie zrobi mu najmniejszej krzywdy, pomyślał. Wybiegł na korytarz i popędził do gabinetu ojca.
Tata drżemał w fotelu nakryty kocem. Zdjął mu z kolan grubą księgę w skórzanej oprawie ze złoconymi literami. Pamiętniki Ericha Ludendorffa.
– Wojna to zdrowe kichnięcie – ojciec mruknął przez sen, nie otwierając oczu i nie zmieniając swojego ułożenia.
Idąc korytarzem, niosąc ciężką księgę, poczuł coraz większe przerażenie. Mimo to odważył się otworzyć drzwi do swojego pokoju. Przerośnięta biedronka mogłaby być z powodzeniem fantazyjną pufą. Poczuł na sobie jej pusty, chłodny wzrok. Szybko minął ją i wdrapał się na biurko. Uniósł nad głowę pamiętniki Ludendorffa.
– Otworzysz drzwi, to sama wyjdę – usłyszał beznamiętny głos, jakby echo, dochodzące z korpusu biedronki. Zobaczył ciemne plamy przed oczami i stracił przytomność.

[32]

Październik 14, 2009 - autor: kaczanowski

[32] Zrobiło się mu za gorąco, więc zrzucił z siebie, no właśnie, myślał, że zrzuca kołdrę, a to zimowa kurtka. Jestem w katedrze, przyszło mu do głowy, kiedy spojrzał w górę. Wysoki sufit ginął gdzieś w ciemnościach. Mrok nie był absolutny, widział w oddali ściany. Z trudem wygrzebał się z góry ubrań, w których ugrzązł, zupełnie nie wie jak i kiedy. Podłoga jest drewniana, zbita z desek, w kolorze ciemnej wiśni, ocenił. Zauważył napis na niej, ktoś wykaligrafował białą kredą: KRAWIEC POTRZEBUJE JESZCZE TROCHĘ CZASU. Wszędzie wokół kłębiły się porozrzucane rzeczy, przede wszystkim spodnie i swetry. Ze wstydem znalazł majtki, których najbardziej nie lubi, w siusiające pieski, obok pozwijane w kulki leżały skarpety, rozpoznał te ze świętym Mikołajem i te we wzorki w kiełbaski, jedna z nich jest na pięcie dziurawa, dawno powinien ją wyrzucić, przypomniał sobie. Boże, ile ja mam tych rzeczy, pomyślał. W dali piętrzyły się stosy równo ułożonych koszul. Podnósł czapkę z daszkiem, myślał, że ją zgubił, a tu proszę. Dopiero teraz przyjrzał się temu, co ma na sobie. Idiotyczna sukienka baletnicy, jak mógł to na siebie włożyć? – Dobrze trafiłem, idealnie, będę mógł się przebrać – powiedział, odgarniając wiszące w długim rzędzie szlafroki. Za nimi znalazł kartony, w których pochowane były stroje na bale kostiumowe. Każdy z nich był opisany: Dzielny Rycerz, Wstrętny Pirat, Jego Królewska Mość. Dalej szły: Pijak Pit, Garbaty ze szmaty, Sztywny Trup. – No nieźle – mruknął, otwierając karton opisany jako Własny ojciec. Wewnątrz znalazł sztuczne wąsy, okulary w rogowej oprawce, niebieski krawat w niedźwiedzie polarne… Pod nimi leżała marynarka taty a na samym dnie jego stare, zniszczone lakierki. Zdjął sukienkę i założył marynarkę. Cały czas miał na sobie bladoróżowe rajstopy, żałował więc, że w kartonie nie ma spodni. Odruchowo włożył rękę do prawej kieszeni i znalazł w niej plik fotografii. Na pierwszej z nich nieznana mu kobieta przymierzała futro z norek, śmiejąc się przy tym figlarnie w stronę obiektywu. Miała na głowie burzę niesfornych loków. Na drugim zdjęciu ta sama pani naklejała plaster na zranione kolano, miała na sobie krótką spódnicę i sportowe tenisówki, w ogóle, była chyba sportsmenką, tenisistką. Na trzeciej, ostatniej fotografii ojciec stał na baczność, trzymał rakietę do tenisa jak żołnierz strzelbę. Sprawdził pozostałe kieszenie, także tę wewnętrzną. Wszystkie były zaszyte. Marynarka była na niego za duża, trochę go to irytowało, na dodatek zaczęło go coś swędzieć na plecach. Przestraszył się na myśl, że mogą to być pchły, zrzucił ją z siebie. Następny w kolejności karton nie był opisany. Zajrzał do środka. – I proszę… – w kartonie leżał schowany strój tenisistki oraz dwie zielone piłki. Sięgnął po karton Żartowniś, ale ten okazał się pusty. Postanowił, że założy na siebie coś zwyczajnego. Za kartonami ciągnęły się rzędy półek ze spodniami. Z ulgą zdjął różowe rajtuzy i wziął pierwsze z brzegu portki. Trafił akurat na swoje ulubione sztruksy z szelkami. Włożył nogę w nogawkę i omal się nie przewrócił. Nogawka była u dołu zaszyta, druga zresztą też. Zeźlony rzucił spodnie za siebie. Następne spodnie pamiętał bardzo dobrze, zakładał je na wszystkie ważne uroczystości. Znowu pech. Pękły w szwach kiedy tylko założył je na siebie. Jeszcze jedne spodnie i kolejny zawód – od razu zauważył ogromną dziurę na tyłku. Wściekły wrócił do kartonów. Teraz jednak okazało się, że wszystkie są tak szczelnie pozaklejane taśmą, że nie potrafi żadnego z nich otworzyć. Dopiero ostatni w rządku karton poddał się po krótkiej szarpaninie. Zdesperowany nie sprawdzał nawet opisu, który zresztą nie był potrzebny. Wyjął z kartonu jednoczęściowy kostium w żółte i czarne pasy. Do kaptura doszyte były czułki a z tyłu wystawało duże plastikowe żądło. – Lepsze to, niż primabalerina – zrezygnowany założył strój pszczoły. Pasował idealnie. Nawet nie wiedział kiedy znalazł się przed lekko niedomkniętymi drzwiami. Pchnął je i wyjrzał na zewnątrz. – Bzzz… Bzzz… – powiedział, widząc przed sobą swój pokój. Wyskoczył z szafy.