[39]

listopad 22, 2009 - autor: kaczanowski

[39] Otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Jego mama wydawała z siebie odgłosy jak świnia. Dopiero po chwili zauważył, że to nie do końca tak. Mama klęczała przed szafą i trzymała, przygniatała do podłogi małego, kwiczącego prosiaka, to on wydawał z siebie te dzikie odgłosy. Pacnęła go po uszach. Mimo wszystko zachowywała się dziwnie. Przewróciła zwierzę na bok i związała mu nóżki sznurem, który wyjęła z kieszeni. Tak spętanego wrzuciła szybkim ruchem do szafy, natychmiast zatrzaskując za nim drzwi.
– Przecież wszystko tam zapaskudzi – Nemo zaprotestował.
– Nic dziecko nie rozumiesz – tylko pokręciła głową, zdegustowana. Wstała z kolan – On się tego dopomina… Bez niego ani rusz… Trzeba, to trzeba… Taki los… Ko, ko, ko, ko, ko!!!
Pomyślał, że znowu się przesłyszał, i rzeczywiście, to nie mama gdakała, a kura, którą wyjęła spod spódnicy. Ptak miał związane nogi, tak jak prosię i tak samo wylądował w szafie.
– Podziubie mi wszystkie swetry! – jęknął Nemo.
– Nic nie rozumiesz, słuchaj się matki, wszystko dla twojego dobra – wyrecytował ojciec, który pojawił się w sypialni nie wiadomo skąd. Mama odsunęła się, żeby zrobić mu miejsce. Otworzył szafę i wrzucił do środka pudełko cygar. Pogrzebał w kieszeniach i dorzucił po chwili pudełko zapałek.
– Tato, boję się, że kiedyś umrzesz a ja nie zdążę z tobą poważnie porozmawiać… – Nemo zebrało się na wyznania, nie wiedział właściwie dlaczego. Ojciec chyba nie usłyszał. Cały czas przeszukiwał kieszenie. Sięgnął po portfel, wyjął z niego plik banknotów i wsunął je do szafy przez szparę w drzwiach. Tymczasem mama podeszła do Nemo i bez żadnego ostrzeżenia obcięła mu nożyczkami kosmyk włosów.
– Czasami mam takie wrażenie, jakbyś patrząc na mnie, widziała zupełnie kogoś innego, jakbyś spoglądała gdzieś za mnie, na kogoś z tyłu… I wtedy przeszywają mnie takie podskórne dreszcze, taka fala obrzydzenia – zwierzył się jej Nemo, jednak ona puściła to mimo uszu. Wrzuciła kosmyk do szafy, najpierw szepcząc coś do niego.
– Co powiedziałaś? – zainteresował się.
– Nigdy nie kochałam twojego ojca – powtórzyła głośniej – Uważałam, że to burak bez kultury i jakiegokolwiek taktu.
Ojciec wyjął plik zdjęć z wewnętrznej koszuli marynarki. Wylądowały w szafie, jak wszystko.
– Nie dosłyszałem, co mówisz? – zapytał Nemo, bo wydało mu się, że tata rusza ustami, mruczy pod nosem.
– Chciałem hodować konie, rozbudowywać stadninę, a tu klops! Klops i kaszana! – powiedział głośno ojciec.
Do sypialni weszły Kuzynka i Toffi. Ta pierwsza ciągnęła tę drugą na sznurze przywiązanym do szyi. Toffi miała na sobie jasną, półprzezroczystą koszulę nocną i czarną opaskę na oczach, nic więcej. Kuzynka i rodzice wepchnęli ją do szafy, szybko zamykając za nią drzwi.
– Masz babo placek – oznajmił ojciec.
– Nie dla psa kiełbasa – dodała matka.
– Głupia flądra, ma co chciała – dorzuciła Kuzynka.
Z szafy wydobył się głęboki, dudniący dźwięk. Jej drzwi otworzyły się z impetem, na dywan wypadła figurka drewnianego bożka, za nią wyskoczył prosiak, który natychmiast schował się pod łóżkiem. Ojciec, matka i Kuzynka padli plackiem przed figurką. Nemo czuł, że musi coś powiedzieć, zupełnie jednak nie wiedział, co.
– Musztarda po obiedzie, kaszka z mlekiem – mruknął w końcu. Na szczęście do sypialni wszedł Krawiec. Energicznym ruchem podniósł figurkę.
– Manekin – powiedział i rzeczywiście, teraz przypominała ona krawieckiego manekina.
– Nic tu po nas – usłyszeli głos Toffi wydobywający się spod łóżka.
Nemo poczuł wielką senność i zmęczenie tym wszystkim, oczy same mu się zamknęły.

[38]

listopad 17, 2009 - autor: kaczanowski

[38] Drzwi otworzyły się tak gwałtownie, że aż zaniepokoił się, czy nie wylecą z futryny albo nie roztrzaskają się o ścianę. Do pokoju wbiegł jego tata w wyjątkowo dziwacznym stroju, czymś co wyglądało jak trzy abażury od trzech różnych lamp: największy miał chyba udawać suknię, środkowy stanowił coś w rodzaju kubraczka a najmniejszy tkwił na jego głowie jak czapka.
– Nemo, Nemo, czyś ty zapomniał kompletnie o swojej księżnicze i o jej pięknym Slumberlandzie, czy ty już nie chcesz złożyć jej wizyty? – ojciec próbował mówić cienkim, zniewieściałym głosikiem – z fatalnym skutkiem. Dygnął jak baletnica.
– Tato? Wyszedłeś z wujkiem? Mama prosiła, żebyś nie wracał dopiero nad ranem – zapytał, domyślając się przyczyn jego dziwacznego zachowania. Ojciec w pierwszej chwili zupełnie oniemiał. Dygnął jeszcze raz, zupełnie bez sensu.
– Z wujkiem nic… Tego… Taki żart… Sprawdzam twoją czujność – w końcu odpowiedział, cały czas z niepewną miną. Nagle drzwi otworzyły się po raz drugi, równie gwałtownie jak przed chwilą, uderzyły przy tym ojca, który ogłuszony padł na dywan. Do pokoju wbiegł Doktor.
– Nemo, Nemo, ileż można spać, gdy księżniczka buzi chce ci dać!? – zaśpiewał, okropnie fałszując. Doktor miał na sobie futro z norek. Jego twarz szpecił wyjątkowo niechlujny, wulgarny makijaż. Najdziwniejsze były jednak stopy. Bezpośrednio z nagich pięt wyrastały czerwone szpilki, zupełnie, jakby w jego nogi wrosły buty na wysokim obcasie. Zachwiał się, miał spory problem z utrzymaniem równowagi.
– Doktorze, pan już zupełnie oszalał? – zapytał z wyrzutem.
– E… Eksperymentuję… Znaczy, sprawdzam, czy wszystko z tobą w porządku… Czy nie masz omamów… Odpałów… Opiatów… – chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w tym momencie drzwi do sypialni uderzyły go. Przewrócił się, tracąc przytomność.
– Uratuj swoją księżniczkę, uratuj ją, miej litość na boga! – kolejnym gościem okazał się Pechowy Bill ubrany w długą, czarną, żałobną suknię.
– Twa pani więdnie bez ciebie jak lilie bez wody! – lamentował, padając na kolana.
– Może lepiej nie zamykaj drzwi – Nemo zaproponował, przewidując dalsze kłopoty, jednak było już za późno. Ledwo, co drzwi się zamknęły, już z powrotem otworzyły się, nokautując Billa. Halabardnik wkroczył do sypialni, a właściwie wjechał na wrotkach. Miał na sobie strój cheerleaderki: czerwoną spódniczkę, koszulkę z logo klubu Slumberlandzkie Czarne Owce, bladoróżowe pompony w dłoniach.
– Ruszaj do boju, ruszaj do boju, bez twej twardej dłoni księżniczka nie zazna spokoju! –  zdążył zawołać, zanim gwałtownie otwierane drzwi nie ogłuszyły go.
Do sypialni wszedł Krawiec. Ubrany jak zwykle. Leżąca pod ścianą góra nieprzytomnych mężczyzn nie zdziwiła go ani trochę, przeciwnie, zachowywał się tak, jakby się jej spodziewał. Przyklęknął i zaczął ich przeszukiwać.
– Może byś się ruszył i pomógł, co? W końcu, nie robię tego dla siebie – upomniał Nemo. Ton jego głosu był tak kategoryczny, że ten posłusznie wstał i zbliżył się do niego.
– Masz, trzymaj, przyda się – Krawiec podał mu zdjęcie, które wyjął z torebki, jaką miał przy sobie Doktor. Nemo przyjrzał się fotografii. Przedstawiała scenę rozgrywającą się na sali operacyjnej. Na stole leżała Księżniczka, wokół niej krzątały się pielęgniarki. Doktor szukał czegoś na podłodze, musiał przed chwilą coś upuścić. Księżniczka miała operowane kolano.
– Właśnie… – Krawiec podał mu kolejną fotografię, mocno wymiętą, tym razem znalezioną w skarpetce ojca. Księżniczka leżała na plaży, otoczona gwardią kelnerów. Tuż przed nią leżał ojciec, a właściwie tylko jego głowa, bo reszta ciała była zasypana w piasku. Księżniczka rzucała w stronę głowy jakiś mały owoc, najprawdopodobniej czereśnię – fotograf uchwycił na zdjęciu moment, gdy ta leci, zbliża się do czoła ojca. Jeśli dobrze się przyjrzeć, można było zauważyć więcej czereśni leżących w jego pobliżu. Nemo chciał coś powiedzieć, ale wtedy drzwi otworzyły się po raz kolejny, uderzając go. Zrobiło mu się ciemno przed oczami.

[37]

listopad 8, 2009 - autor: kaczanowski

[37] Przez chwilę był święcie przekonany, że słyszy chrapanie dziadka. Przypomniało mu się nawet ulubione powiedzenie starszego pana: Krawiec tak kraje, jak mu materiału staje. Usiadł na łóżku. Zobaczył szczura. Zwierzę stało na dywanie, przed drzwiami, zagradzając wyjście z sypialni.
– Nie boję się szczurów – powiedział, wyraźnie czując na sobie spojrzenie gryzonia. Równocześnie wyczuł językiem, że rusza mu się przedni ząb. Obawiając się, że zaraz go połknie i nim zadławi, wypluł go przed siebie. Ząb wylądował na dywanie. Szczur podbiegł, i zanim Nemo zdążył zaprotestować, złapał go w pysk i zjadł. Wszystko to stało się w mgnieniu oka, po chwili zwierzę było z powrotem na swojej pozycji, przed drzwiami. Nemo pomyślał, że wstanie, ubierze się i wyjdzie. Jednak zamiast tego wszystkiego, westchnął i sam przed sobą się przyznał.
– Dobra… Trochę się ich boję… – szczur patrzył na niego bez najmniejszego strachu, bezczelnie, jakby czekał na jego następny ruch.
Dotykając językiem szpary po wyplutym zębie wyczuł, że sąsiedni też trochę się chwieje. Wyjął ruszający się ząb i pokazał go z daleka szczurowi. Zwierzę drgnęło, zainteresowało się.
– Masz, zaprzyjaźnijmy się – rzucił zębem tak, by spadł krok przed gryzoniem. Szczur podszedł, obwąchał go, tym razem trochę podejrzliwie, ale w końcu zaczął chrupać. Nemo wykorzystał ten czas, by ostrożnie zejść z łóżka. Szczur zerknął na niego podejrzliwie.
– Mój dziadek zawsze mawiał, że szczury to najinteligentniejsze zwierzęta na ziemi – rzucił komplement w stronę zwierzęcia, niby od niechcenia. Sięgnął do ust i wyjął z nich trzeci chybotliwy ząb, tym razem gdzieś z tyłu, szóstkę czy siódemkę. Starając się nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, kucnął i położył ząb na dywanie. Szczur zamarł w oczekiwaniu. Nemo spokojnie wyprostował się i cofnął w stronę szafy. Gryzoń podbiegł po zęba, złapał go i zaniósł pod drzwi. Tymczasem Nemo otworzył szafę i wyjął z niej spodnie i kurtkę. Przez chwilę wydawało mu się, że drewniany człowiek ukryty za koszulami pokazuje mu język. Dopiero po chwili zorientował się, że to tylko owinięty wokół twarzy posągu, czerwony krawat. Dlaczego ojciec nie trzyma rzeczy w swojej szafie? – zdziwił się. Usłyszał chrupnięcie, szczur zżarł ząb.
– Dziadek opowiadał też, że dorodny szczur potrafi zjeść kota i przestraszyć niejednego psa. Taki foksterier nie ma z królem szczurów najmniejszych szans, jest na to za głupi – powiedział, rzucając szczurowi kolejny ząb. Zwierzę złapało go w locie, na chwilę znowu miało się czym zająć. W tym czasie Nemo przebrał się i zaczął rozglądać za butami.
– Dziadek był pod tak wielkim wrażeniem ich inteligencji, że nakazał babci codziennie przebywać przynajmniej kwadrans w towarzystwie szczura. W ten sposób oduczał ją krzyczeć i wskakiwać w panice na krzesło…
Założył trampki, spokojnie, bez pośpiechu zawiązując sznurowadła. Szczur obserwował jego ruchy, wciąż stojąc na drodze do wyjścia. Nemo wypluł na otwartą dłoń jeszcze dwa zęby. Położył je tuż przed sobą, licząc, że kiedy szczur po nie podbiegnie, on zdąży otworzyć drzwi i wybiec na korytarz.
– Babcia każdego dnia polerowała noże, trzymając szczura na ramieniu. Musiała się oswoić z tymi zwierzętami, w końcu dziadek był szczurołapem – powiedział, i natychmiast zrozumiał, że zrobił coś nie tak. Szczur syknął dziwnie, przyjął bojową postawę. Nie miał najmniejszego zamiaru ruszyć się spod drzwi, jakby przejrzał podstęp Nemo.
– Szczur babci wabił się Arystoteles, sama go tak nazwała – próbował jeszcze załagodzić sytuację. Nagle drzwi otworzyły się z impetem uderzając gryzonia, przygniatając go do ściany. Krawiec wszedł do sypialni, podniósł szczura za ogon i kilkoma zdecydowanymi ruchami wytrząsnął z niego całkiem sporą stertę najróżniejszych guzików. Chyba żaden z nich nie był do pary.
– Niepotrzebny nam taki szmelc – powiedział z dezaprobatą i wyszedł.

[36]

listopad 2, 2009 - autor: kaczanowski

[36] Co to było za słowo? Czy zaczynało się na A? Ab…? Nemo poczuł się tak, jakby w jego głowie utworzył się wir, mała trąba powietrzna, która coś wsysa i gubi.
– Twoja matka prosiła, żebym z tobą porozmawiał… – ksiądz siedzał na krześle przy jego łóżku, przygarbiony, szeptał, jakby mówił coś w wielkiej tajemnicy. Równocześnie, jakby od niechcenia poprawił kołdrę – Martwi się o syna…
Na moment jego uwagę przykuł plaster na dłoni księdza, plaster i paznokieć u dużego palca, żółty, posiniały. …bli…? – słowo, którego nie mógł znaleźć w pamięci, nie dawało mu spokoju. To była nazwa czynności? Cecha charakteru? Coś z łaciny?
– Kanibalizm jest potwornym grzechem – duchowny spojrzał mu głęboko w oczy – Prowadziłem misję na wyspach Oceanii i widziałem potworności, których z pewnością nie chciałbyś ujrzeć… – ksiądz pochylił się, by poprawić ułożenie baletek schowanych pod łóżkiem. Na karku miał głęboką bliznę, musiał zostawić ją pazur drapieżnika.
Ale, hmmm… To słowo opisywało coś bardzo ważnego, pamięta, że słyszał je kiedyś na ulicy, kiedy…? Ech, zezłościł się czując, że zaginiony wyraz wciągnął w czarną dziurę całe zdarzenie. Kto wypowiadał to słowo? I dlaczego?
– Zezwierzęceniu powinniśmy przeciwstawić oręż swojego człowieczeństwa! – ksiądz uniósł głos, równocześnie wstając z krzesła z wielkim animuszem. Podszedł do biurka i zaczął przestawiać leżące na nim książki. Gruby tom Rośliny trujące położył pod spód, nakrywając je Poradnikiem pszczelarza.
Teraz Nemo nie mógł przypomnieć już sobie: zaginionego słowa, jakiegokolwiek łacińskiego wyrażenia, nazwiska swojej nauczycielki łaciny, ulicy, stroju człowieka, który mówił coś na A a może na Ce… Zdaje się, że słowem tym określano pewnego władcę, ale który to był król i jakiego państwa? Kogo o to zapytać? Nazwisko pani od historii też wyleciało mu z głowy.
– Pewnej nocy, gdy wyspę pustoszył monsun, dzicy mieszkańcy wioski, wyznawcy pogańskiego bożka, niby to trzmiela, niby żółwia a niby małpy, zapukali do wrót mojego kościoła… – ksiądz zdjął wiszącego na ścianie anioła stróża zawiązującego dziecku sznurówkę i zawiesił w jego miejsce obrazek, który wyjął z teczki. Teraz dziecko płakało, pokazując zdarte do krwi kolano, anioł stróż siedział obok niego na ławce i pocieszał je, pokazując, że też ma zabandażowaną nogę.
Jak nazywa się ta przypadłość, kiedy człowiek coś zapomina? Ma to swoją nazwę – męczył się dalej Nemo.
– Wpuściłem dzikich do świątyni, żeby przeczekali noc. Rano, gdy huragan zelżał i wyszło słońce, odprawiłem mszę, w której ochoczo uczestniczyli. Wdzięczni wielce Bogu za ratunek, wychwalali go pod niebiosa swym śpiewem Ryby! Ryby! Homary! Piękne muszle! –  duchowny jeszcze raz sięgnął do teczki, tym razem wyciągając z niej mocno pognieciony, biały strój ministranta – i kiedy już myślałem, że łaska duchowego oświecenia zapukała do ich dzikich duszy – żeby podkreślić efekt swojej przemowy, zapukał kłykciem w drzwi szafy – okazało się, że przyrządzają zupę ze swojego szamana, człowieka-świni!
Nemo zaczął wpadać w panikę. Co, jeśli każda rzecz, o której będzie chciał pomyśleć, zniknie w mętnym i nieokreślonym wirze? Szybko zadał sobie pytanie – jaka jest jego ulubiona zupa? Poczuł jej zapach, przypomniał sobie smak i barwę… Krem z pomidorów! Uff, cóż za… Co za… Utrata? Folga? Przerażenie wróciło z jeszcze większą siłą.
– Zaczęli nazywać mnie człowiekiem-żółwiem! Gdy szedłem wioską, dzieci biegły za mną, niosąc ogromne liście palmy, przykładając mi je do pleców i śpiewając Żółwia pech, ludzki śmiech! – ksiądz złapał za drzwi do szafy, by zajrzeć do środka, pierwsze jednak otworzyły się drzwi do sypialni. Uderzyły go w tył głowy. Osunął się nieprzytomny na podłogę.
– Wiem! Wiem! Wiatr i krzem! – wołał podekscytowany Krawiec, wbiegając do pokoju.
– Ryby! Ryby! Komary! Opuść puszczę stary! – Nemo chciał powiedzieć coś zupełnie innego, ale tylko to  udało mu się wykrzyczeć.

[35]

październik 28, 2009 - autor: kaczanowski

[35] Hipnotyzer siedział na krześle, które zastawiało drzwi do pokoju. Klasnął dwa razy.
– Jeśli ktoś będzie chciał wejść, przewróci cię – zwrócił uwagę mężczyźnie.
– Jeśli będziesz chciał wyjść, będziesz musiał nade mną przefrunąć – hipnotyzer rzucił szybką ripostę. Jego strój było w tragicznym stanie, pogniecona koszula wystawała ze spodni.
– Poniosłeś kiedyś klęskę? – zapytał. Wygląd gościa nie wzbudzał w nim zaufania.
– Ekhem, ekhem! Kiedy klasnę dwa razy, obudzisz się – ten powiedział i znowu zaklaskał, jakby na próbę.
– A uczestniczyłeś może kiedyś w seansie spirytystycznym? Myślisz, że mógłbyś zahipnotyzować ducha? – dociekał.
Hipnotyzer nie zamierzał odpowiadać, był chyba zły, że jego pacjent nie skupia się dostatecznie na tym, co trzeba.
– W stanie pełnej hipnozy udasz się do Slumberlandu, rozumiesz?
– Nie do końca rozumiem, jak to działa… A jeśli sam klasnę dwa razy, powiedzmy w teatrze, widząc wyśmienity spektakl baletowy? – zgłosił wątpliwość.
Hipnotyzer tylko głęboko westchnął, podłamany jego dociekliwością. Postanowił nie wchodzić w dalszą dyskusję, tylko wziąć się czym prędzej do roboty.
–  Twoja prawa ręka robi się ciężka, coraz cięższa, waży tyle, co piętnaście worków cementu… –  powiedział hipnotycznym, głębokim tonem.
Zadziałało, rzeczywiście poczuł ogromny ciężar w prawej ręce. Natychmiast opadła na łóżko, łamiąc je, jakby to była zapałka. Znalazł się na podłodze, wśród skotłowanej kołdry, sprężyn i połamanych desek.
– Teraz twoja lewa ręka robi się ciężka, jeszcze cięższa… – hipnotyzer dalej mówił swoje –Waży prawdopodobnie tyle, co wóz strażacki z drabiną…
Jego lewa ręka opadła na dywan z jeszcze większą siłą, niż prawa. Podłoga zatrzęsła się, coś pod nim trzasnęło i pękło.
– Jak masz na imię? – zapytał hipnotyzer swoim tubalnym tonem.
– Nemo… – odpowiedział, czując w tym samym momencie, że podłoga ostatecznie poddaje się pod jego ciężarem. Runął i wraz z dużą stertą gruzu wylądował pośrodku salonu.
– Nemo?! Straciłeś rozum, chłopcze?! – krzyknęła przerażona całym zajściem mama. Siedziała na sofie, teraz wstała. Widząc rozmiar szkód ze złości rzuciła filiżanką.
Na ścianie, w którą trafiła pojawiła się wyraźna rysa, pęknięcie, uderzenie musiało być potężne. Pomyślał, że klaśnie dwa razy i cały koszmar się skończy. Jego ręce wciąż jednak były za ciężkie, by mógł nimi choćby lekko ruszyć. Ściana zaczęła się sypać. Rumor obudził drżemiącego w fotelu ojca. Zezłoszczony hałasem, zamachnął się zwiniętą w rulon gazetą i pacnął nią w drugą ścianę. Ceglany mur wgniótł się, jakby był zrobiony z kiepskiej tektury. Coś chrupnęło, konstrukcja domu wyraźnie zachwiała się.
– W takich warunkach nie można ćwiczyć! – wrzasnęła baletnica, którą hałasy sprowadziły do salonu. Z wściekłością tupnęła nogą.
Tym razem runęło wszystko, ściany, reszta sufitu, załamała się pod nimi podłoga. Wylądowali w piwnicy. Dom obrócił się w całkowitą ruinę. Wśród połamanych mebli i pokruszonych cegieł leżeli wszyscy: Toffi, Doktor, kuzynka… Z gruzu wystawała halabarda, halabardnik też musiał gdzieś tu być. Klown śmiał się histerycznie, trudno było ten jego rechot wytrzymać. Hipnotyzer spadł mu wprost na głowę, teraz zsunął się i otrzepał spodnie.
– Na razie wszystko przebiega idealnie – ocenił.
Grizzli zaryczał, prawdopodobnie z głodu.
– Twoja prawa noga robi się coraz cięższa… – hipnotyzer wrócił do swojej roli.
Usłyszeli klaśnięcie, jedno i drugie.
– Służba! Trzeba będzie to wszystko posprzątać! – zakomendrowała mama, przywołując lokaja i służącą.

[34]

październik 24, 2009 - autor: kaczanowski

[34] Zeskoczył z łóżka pełen energii, bez zbędnego zastanawiania się wciągnął spodnie, sweter i kurtkę. Buty? Znalazł tylko baletki, trudno, założył je i wybiegł z pokoju. Śpiący w korytarzu Ministrant, widząc jego entuzjazm, zerwał się i szczekając radośnie rzucił w kierunku schodów. Prawie na siebie wpadli. Starając się ominąć psa, potknął się jednak, stracił równowagę i z hukiem spadł ze schodów, koziołkując kilka razy.
– Dziecko, to cud, że nie skręciłeś karku! – powiedziała z przerażeniem mama. Stała w holu i patrzyła na niego osłupiała. Podskoczył do niej, dał całusa w policzek i wybiegł na ulicę. W ostatniej chwili ominął pędzącego rowerzystę, nie zauważył jednak samochodu, małej półciężarówki wypełnionej arbuzami. Wpadł pod koła, auto przejechało mu po brzuchu.
– Nic się nie stało, proszę się nie niepokoić! – zawołał do kierowcy, który wytoczył się z kabiny blady jak ściana. Nie chciał marnować czasu na dalsze uspokajanie mężczyzny, więc tylko pomachał mu na pożegnanie. Biegł dalej, przyśpieszył widząc, że ludzie pokazują go sobie palcami. Słyszał gdzieś za plecami gwizdek policjanta. Przyspieszył jeszcze bardziej. Wpadł w zakręt z olbrzymią prędkością. Kwiaciarka, pani Ludendorff, wylewała akurat wodę z wiadra, poślizgnął się na mokrym bruku i wylądował pośrodku torów tramwajowych. Motorniczy nadjeżdżającego tramwaju nacisnął hamulec, ale było za późno, wagon przetoczył się przez niego, przy okazji wypadając z szyn. Wstał patrząc przestraszony, czy nikomu z pasażerów wywróconego na bok tramwaju nic się nie stało. Powoli wychodzili przez rozbite okna, otrzepywali się z drobin potłuczonego szkła. Motorniczy wygramolił się ze swojej kabiny.
– Gdzie masz oczy łobuzie! – zaczął mu wygrażać. Znowu usłyszał policyjny gwizdek, rzucił się więc do ucieczki.
Wpadł do dzielnicy, którą odwiedzali bardzo rzadko. Część sklepów i mieszkań miała powybijane szyby, często pozabijane deskami. Chodnika dawno nikt nie sprzątał. Na rozłożonych na nim gazetach spali ludzie w dziurawych, brudnych łachmanach.
– Hej, ty! Zatrzymaj się! Znam cię! – ktoś krzyknął za jego plecami. Postanowił nie reagować, nie odwracać się.
– Stój! To ty jesteś kumplem Doktora! Widziałem cię! Hej!
Usłyszał strzały z rewolweru, poczuł delikatne pieczenie na plecach. Biegł dalej.
– Hej! Trafiłem cię! Trafiłem cię do cholery! – krzyczał furiat.
Jego głos był jednak coraz cichszy. W ogóle na ulicy zrobiło się bardzo cicho. Tuż przed nim stanęły dwie pielęgniarki niosące nosze. Człowiek na nich był przykryty od stóp do głów białym płótnem.
– Nie kręć się tutaj – szepnęła pierwsza z kobiet.
– Tyfus – dorzuciła druga.
Biegł nie przejmując się tym wszystkim. W oknie jednej z kamienic stała kobieta, płakała. Na ulicy leżeli ludzie. Majaczyli w gorączce.
– Małpy przynoszą pecha! Szympansy, szczególnie szympansy! – chudy staruszek o czerwonej twarzy i obłędzie w oczach próbował złapać go za rękaw.
– Krawiec oszukuje, za każdym razem oszukuje na materiale – mamrotała młoda kobieta. Miała na sobie tylko majtki i brudną halkę. Wyglądała jak wyrzucona na śmietnik lalka.
Nagle, tuż przed nim wyrosła ściana, mur kończący ulicę. Cofnął się, skręcił w następną uliczkę, ta jednak też była zamurowana. Jeszcze raz spróbował, wbiegł w szeroką ulicę, niestety, po kilkuset metrach ona również kończyła się ścianą.
– Nie wiecie, którędy do Slumberlandu? – zapytał siedzące na krawężniku dzieci. Najmniejsza dziewczynka zaczęła płakać, reszta malców rozbiegła się przerażona. Zapukał do najbliższych drzwi, ale w odpowiedzi usłyszał tylko szczęk zamka. Ktoś szybko zatrzasnął okiennicę. Chciał zapytać panią niosącą zakupy, ta jednak zaczęła uciekać z krzykiem.
– Powinien nie żyć… Dawno powinien być martwy… – usłyszał szepty.

[33]

październik 14, 2009 - autor: kaczanowski

[33] Sięgnął po pamiętnik leżący na nocnym stoliku. Mały zeszyt ze zdobioną, sztywną oprawą i sznurkiem, którym można było przepasać go i zawiązać, utrudniając zerknięcie do środka. Odsupłanie go zajęło kilka chwil. Para rara para rara, głowie dalej jest do ciała…, zanucił piosenkę Panny Pi Pi Du. Wyjął z szuflady pióro i zdążył napisać: Nie, gdy nagle jego uwagę przykuł maszerujący po podłodze robak. Niewielki karaluch? Rozejrzał się za czymś, czym mógłby zgładzić insekta. Kapcie były za daleko a karaluch szedł zbyt żwawo. W ostatniej chwili zrzucił na niego pamiętnik.
– Ble! – podniósł zeszyt z obrzydzeniem. Karaluch leżał rozgnieciony na podłodze. Okładka pamiętnika lekko się zabrudziła a jemu odechciało się dalej w nim pisać.
Jeszcze raz spojrzał na robaka. Coś poruszyło się, odpadł pancerzyk a spod niego wygramoliła się stonka. Ze zdziwieniem zauważył, że jest większa od karalucha, z którego wylazła. Właściwie, nigdy nie widział tak dużej stonki, była wielkości małej śliwki. Ocenił, że jego pamiętnik to zbyt lekka broń w tym przypadku. Kapcie też nie wydawały się odpowiednie. Wyskoczył z łóżka i podbiegł do biurka. Pierwsze, na co zwrócił uwagę, to leżący pośrodku dokument, zerknął na nagłówek i przeczytał: Rachunek za wyśmienite usługi krawieckie, których skutek przeskoczy przyczynę, wymienione poniżej. Nie było czasu, by wczytywać się teraz w jego treść, chwycił pierwszą z brzegu książkę i śpiesząc się, by stonka nie ukryła się gdzieś pod łóżkiem czy szafką, zrzucił ją z wysoka na podłogę. Dopiero teraz przeczytał tytuł tomu: Wspomnienia fruwającego człowieka. Nie przypominał sobie, by czytał tę książkę. Otworzył ją, żeby sprawdzić, czy ma ilustracje. Dziwne, była tylko jedna. Przedstawiała salon i rodzinę siedzącą przy stole. Oprócz kobiety, najpewniej matki, wszyscy członkowie familii byli mężczyznami, mieli brody i trudno było określić ich wiek, stwierdzić, który z nich jest ojcem. Podpis pod ilustracją brzmiał: Tuż przed opuszczeniem rodzinnego gniazda. Kolacja. Podniósł książkę, coraz bardziej zaciekawiony. Na podłodze leżała rozkwaszona stonka. Jej pancerzyk zachwiał się i osunął. Spod niego wyłonił się robak. Był jeszcze większy od stonki, miał połyskliwy pancerz i był chyba jakimś gatunkiem chrząszcza. Prawdziwy olbrzym, wielkości sporej bułki. Wspomnienia fruwającego człowieka miały zdecydowanie za małe gabaryty, by nimi w niego uderzyć. Przeszedł go dreszcz obrzydzenia. Potrzeba jakiejś grubszej książki – wrócił do biurka i sięgnął po Biblię w obrazkach. Nie, to nie wypada, zmienił zdanie i odłożył ją z powrotem. Obejrzał się. Robak szedł powoli w jego kierunku. Encyklopedia stawonogów, tom VII. Podniósł ją wysoko, nad głowę, i puścił. Spodziewał się mokrego plaśnięcia, na szczęście usłyszał tylko głuche tąpnięcie po uderzeniu księgi w podłogę. Przy okazji tom otworzył się, dokładnie na zdjęciu podpisanym Chrząszcz Goliat.
– A więc to ty – powiedział, rozpoznając zabitego właśnie owada. Zapominając o obrzydzeniu podniósł encyklopedię, by upewnić się, że to prawda. Właściwie powinien tego się spodziewać. Spod chitynowego pancerza wyłaniał się następny, jeszcze większy robal, napęczniały, coś jak przerośnięta, gigantyczna biedronka. Z przerażeniem stwierdził, że monstrum sięga mu prawie do kolan. Żadna z moich książek nie zrobi mu najmniejszej krzywdy, pomyślał. Wybiegł na korytarz i popędził do gabinetu ojca.
Tata drżemał w fotelu nakryty kocem. Zdjął mu z kolan grubą księgę w skórzanej oprawie ze złoconymi literami. Pamiętniki Ericha Ludendorffa.
– Wojna to zdrowe kichnięcie – ojciec mruknął przez sen, nie otwierając oczu i nie zmieniając swojego ułożenia.
Idąc korytarzem, niosąc ciężką księgę, poczuł coraz większe przerażenie. Mimo to odważył się otworzyć drzwi do swojego pokoju. Przerośnięta biedronka mogłaby być z powodzeniem fantazyjną pufą. Poczuł na sobie jej pusty, chłodny wzrok. Szybko minął ją i wdrapał się na biurko. Uniósł nad głowę pamiętniki Ludendorffa.
– Otworzysz drzwi, to sama wyjdę – usłyszał beznamiętny głos, jakby echo, dochodzące z korpusu biedronki. Zobaczył ciemne plamy przed oczami i stracił przytomność.

[32]

październik 14, 2009 - autor: kaczanowski

[32] Zrobiło się mu za gorąco, więc zrzucił z siebie, no właśnie, myślał, że zrzuca kołdrę, a to zimowa kurtka. Jestem w katedrze, przyszło mu do głowy, kiedy spojrzał w górę. Wysoki sufit ginął gdzieś w ciemnościach. Mrok nie był absolutny, widział w oddali ściany. Z trudem wygrzebał się z góry ubrań, w których ugrzązł, zupełnie nie wie jak i kiedy. Podłoga jest drewniana, zbita z desek, w kolorze ciemnej wiśni, ocenił. Zauważył napis na niej, ktoś wykaligrafował białą kredą: KRAWIEC POTRZEBUJE JESZCZE TROCHĘ CZASU. Wszędzie wokół kłębiły się porozrzucane rzeczy, przede wszystkim spodnie i swetry. Ze wstydem znalazł majtki, których najbardziej nie lubi, w siusiające pieski, obok pozwijane w kulki leżały skarpety, rozpoznał te ze świętym Mikołajem i te we wzorki w kiełbaski, jedna z nich jest na pięcie dziurawa, dawno powinien ją wyrzucić, przypomniał sobie. Boże, ile ja mam tych rzeczy, pomyślał. W dali piętrzyły się stosy równo ułożonych koszul. Podnósł czapkę z daszkiem, myślał, że ją zgubił, a tu proszę. Dopiero teraz przyjrzał się temu, co ma na sobie. Idiotyczna sukienka baletnicy, jak mógł to na siebie włożyć? – Dobrze trafiłem, idealnie, będę mógł się przebrać – powiedział, odgarniając wiszące w długim rzędzie szlafroki. Za nimi znalazł kartony, w których pochowane były stroje na bale kostiumowe. Każdy z nich był opisany: Dzielny Rycerz, Wstrętny Pirat, Jego Królewska Mość. Dalej szły: Pijak Pit, Garbaty ze szmaty, Sztywny Trup. – No nieźle – mruknął, otwierając karton opisany jako Własny ojciec. Wewnątrz znalazł sztuczne wąsy, okulary w rogowej oprawce, niebieski krawat w niedźwiedzie polarne… Pod nimi leżała marynarka taty a na samym dnie jego stare, zniszczone lakierki. Zdjął sukienkę i założył marynarkę. Cały czas miał na sobie bladoróżowe rajstopy, żałował więc, że w kartonie nie ma spodni. Odruchowo włożył rękę do prawej kieszeni i znalazł w niej plik fotografii. Na pierwszej z nich nieznana mu kobieta przymierzała futro z norek, śmiejąc się przy tym figlarnie w stronę obiektywu. Miała na głowie burzę niesfornych loków. Na drugim zdjęciu ta sama pani naklejała plaster na zranione kolano, miała na sobie krótką spódnicę i sportowe tenisówki, w ogóle, była chyba sportsmenką, tenisistką. Na trzeciej, ostatniej fotografii ojciec stał na baczność, trzymał rakietę do tenisa jak żołnierz strzelbę. Sprawdził pozostałe kieszenie, także tę wewnętrzną. Wszystkie były zaszyte. Marynarka była na niego za duża, trochę go to irytowało, na dodatek zaczęło go coś swędzieć na plecach. Przestraszył się na myśl, że mogą to być pchły, zrzucił ją z siebie. Następny w kolejności karton nie był opisany. Zajrzał do środka. – I proszę… – w kartonie leżał schowany strój tenisistki oraz dwie zielone piłki. Sięgnął po karton Żartowniś, ale ten okazał się pusty. Postanowił, że założy na siebie coś zwyczajnego. Za kartonami ciągnęły się rzędy półek ze spodniami. Z ulgą zdjął różowe rajtuzy i wziął pierwsze z brzegu portki. Trafił akurat na swoje ulubione sztruksy z szelkami. Włożył nogę w nogawkę i omal się nie przewrócił. Nogawka była u dołu zaszyta, druga zresztą też. Zeźlony rzucił spodnie za siebie. Następne spodnie pamiętał bardzo dobrze, zakładał je na wszystkie ważne uroczystości. Znowu pech. Pękły w szwach kiedy tylko założył je na siebie. Jeszcze jedne spodnie i kolejny zawód – od razu zauważył ogromną dziurę na tyłku. Wściekły wrócił do kartonów. Teraz jednak okazało się, że wszystkie są tak szczelnie pozaklejane taśmą, że nie potrafi żadnego z nich otworzyć. Dopiero ostatni w rządku karton poddał się po krótkiej szarpaninie. Zdesperowany nie sprawdzał nawet opisu, który zresztą nie był potrzebny. Wyjął z kartonu jednoczęściowy kostium w żółte i czarne pasy. Do kaptura doszyte były czułki a z tyłu wystawało duże plastikowe żądło. – Lepsze to, niż primabalerina – zrezygnowany założył strój pszczoły. Pasował idealnie. Nawet nie wiedział kiedy znalazł się przed lekko niedomkniętymi drzwiami. Pchnął je i wyjrzał na zewnątrz. – Bzzz… Bzzz… – powiedział, widząc przed sobą swój pokój. Wyskoczył z szafy.

[31]

październik 10, 2009 - autor: kaczanowski

[31] Napiłbym się soku z porzeczek, boże, jak dawno go nie piłem, pomyślał. Druga myśl, jaka przyszła mu do głowy dotyczyła balów kostiumowych i dziadka, który za każdym razem przebierał się za mocno przygarbioną małpę. Potem pomyślał, że małpa w garniturze wygląda idiotycznie.  Szympans miał na sobie strój Doktora. Skakał w nogach łóżka, trochę jak kapitan okrętu, któremu brakuje koła sterowniczego. Ich okryta kołdrą łajba kiwała się niepewnie.
– Banany! Kartofle! Banany! Baranina, obiady! – w okrzykach szympansa pobrzmiewał jakiś rozpaczliwy ton, jakaś irytacja. To był głos Doktora.
Żółw z wysp Galapagos okręcił się wokół własnej osi, łóżko razem z nim. Małpa ze złością walnęła pięścią w pierzynę.
– Głupie bydlę! Harrr…! Głupia małpa! – po tym okrzyku szympans złapał się za szyję, pozbawioną włosów, prawie ludzką, i zaczął sam się dusić, miotając po łóżku.
Żółw stanął nad stromą przepaścią. Musiała schodzić do rzeki, ale gęsty las nie pozwalał dostrzec tafli wody. Łóżko zachwiało się niebezpiecznie.
– Hej! Tędy nie! – zawołał.
Słysząc jego głos małpa wstała, warknęła na niego, zasyczała wściekle.
– Banany! Brukselka! Małpi rozum! – wykrzyczała.
– Banany, banan zapiekany w miodzie, syrop bananowy, papka z banana, kaszka ryżowa, bananowa! – powiedział szybko, licząc, że zwierzę się uspokoi.
Żółw z łóżkiem na grzbiecie znowu zaczął kręcić się w kółko.
– Małpa! Małpiatka! Małpia gadka! – z nienawiścią, głosem Doktora, wysyczał szympans.
– Małpie figle, małpi książę, małpują nawet Francuzi! – rzucił ripostę.
Żółw coraz bardziej się rozpędzał, łóżko zaczęło wirować jak na karuzeli.
– Zezwierzęcenie, żyję jak zwierzę, kołdra gubi pierze! – odparł szympans.
– Zwierzenia, lepiej widać z wieży pościeli błysk świeży! – krzyknął jeszcze głośniej od szympansa czując, że jeśli zaraz nie przestaną wirować jak szaleni, zemdli go albo spadnie z łóżka. Żółw zatrzymał się gwałtownie.
– Francuski piesek – wciąż wrogo nastawiona małpa odezwała się po chwili milczenia.
– Silny jak byk – odpowiedział.
Szympans znów złapał się za szyję, równocześnie próbując ugryźć własną łapę. Żółw zrobił dwa kroki do przodu i stało się – runęli w przepaść. Zjeżdżali po leśnej ściółce, ślizgali się jak na saniach. Łóżko taranowało krzaki, łamało je, wyrywało z korzeniami. Nic nie potrafiło ich zatrzymać. Przypomniał sobie, że kiedyś uczył się, że żółwie z wysp Galapagos osiągają wagę ponad tony. Złamali jedno drzewo, przewrócili drugie. Zatrzymali się dopiero w rzece. Właściwie to był niewielki potok o silnym strumieniu.
– Papierosa? – zapytała małpa. Wyjęła wymiętą paczkę z kamizelki Doktora.
– Dziękuję, nie palę – zaoponował, gdy wyciągnęła papierosy w jego stronę.
Małpa prychnęła z dezaprobatą, po czym wpakowała sobie całą paczkę do pyska i zaczęła przeżuwać. W końcu wypluła ją z obrzydzeniem.
– Doktor to świnia – zawyrokowała.
– Ale pracowity jak mrówka! – zaoponował.
– Wesz na mojej dupie!
– Nie przeklinaj przy żółwiu. Znowu wpadnie w szał – poprosił. Na razie przemieszczali się wolno z prądem rzeczki. Ta zresztą bardzo szybko zamieniła się w szeroką rzekę.
– Indianie – zauważył przemykające na jednym brzegu sylwetki czerwonoskórych.
– Głupie małpy – wycedził szympans, wskazując drugi brzeg, na którym zaroiło się od pawianów. Usłyszeli dziki wrzask. Niebo przysłonił grad strzał, z drugiego brzegu posypały się kamienie, skórki od bananów i nieczystości. Przerażony schował się cały pod kołdrą.

[30]

październik 3, 2009 - autor: kaczanowski

[30] Łóżko przechyliło się mocno w jedną stronę, tak mocno, że prawie z niego nie spadł. Doktor wskoczył na nie i przytrzymał go za rękaw, łóżko jeszcze zakołysało się i wróciło mniej więcej do równowagi. Doktor był bardzo ożywiony, wyraźnie podekscytowany.
– Jedziemy do Slumberlandu, to żółw z wysp Galapagos – szepnął. Łóżko znowu lekko się podniosło a on zaczął wydawać z siebie dzikie, krzykliwe dźwięki – He, he, he, he, brrrrr!
Doktor mrugnął do niego porozumiewawczo. Łóżko wolno ruszyło w stronę drzwi. Zauważył, że szyja doktora była porośnięta gęstym, brązowym futrem.
– Ten żółw na pewno będzie nas słuchał? – zapytał zaniepokojony.
– He! He! He! Ehe, ehe, ehe! – Doktor odpowiedział szalonym wrzaskiem. Tymczasem łóżko dotarło do drzwi i nie mieszcząc się w nich wybiło dziurę w ścianie, zeszło na zbyt wąskie dla siebie schody i poczęło tratować barierkę. Nie było czasu na dalsze pytania. Łóżko rozbiło kolejną ścianę i wydostało się na ulicę.
– Nie wiem, czy to najszczęśliwszy pomysł – skomentował, choć musiał w duchu przyznać, że jak na transport na grzbiecie żółwia, poruszali się niezwykle szybko. Błyskawicznie znaleźli się na przedmieściach i zbliżali do lasu, szkoda tylko, że wyrządzali przy okazji tyle szkód: hydrant, kilka skrzynek pocztowych, młode drzewko – żółw taranował po kolei wszystkie przeszkody. Doktor podskakiwał trzymając się ramy łóżka, było w tym coś zwierzęcego, małpiego, tak jak i w okrzykach, które co pewien czas wydawał, jakby dopingując żółwia. Wkroczyli do lasu.
– Mogłem chociaż się porządnie ubrać – westchnął.
– Na miejscu czeka na ciebie najlepszy garnitur… co ja mówię, smoking – uspokoił go Doktor.
Żółw nagle stanął, cofnął nawet o pół kroku. Doktor skrzywił się, zły sam na siebie pacnął się w czoło i rozpoczął kolejny koncert okrzyków.
– Majałaja! Majałaja! Epa, epa, epa!
Wrzask przekonał żółwia do dalszego marszu.
– Musimy zachować pewne pozory – Doktor szpenął mu do ucha, bardzo cicho, i na natychmiast wrócił do swoich okrzyków – Emania! Empapa! Emporio! Eu, eu, eu! Ekhem, ekhu, ekhu! –zachłysnąwszy się powietrzem, rozkaszlał się i w końcu zupełnie stracił głos.
Żółw zatrzymał się po raz drugi. Doktor, wciąż nie mogąc złapać tchu, gestem dał do zrozumienia, że trzeba go zastąpić. Skoro tak… Wyobraził sobie, że jest małpą i spróbował wydać z siebie małpi okrzyk.
– Slumbu! Bumbu! Slums! – wyszło mu to trochę zbyt piskliwie, trochę jak gaworzenie małego dziecka.
Żółw zrobił dwa kroki i stanął niepewnie.
– Łe, łe, łe, łe! Łe, łe, łe, łe! – na szczęście Doktor odzyskał głos, zanim zwierzę do końca zrezygnowało. Słysząc małpie okrzyki żółw ruszył raźno do przodu. Wrzaski doktora spłoszyły stado saren.
– Mam nadzieję, że nie spotkamy tygrysa albo stada wilków… Albo pantery śnieżnej… Albo nosorożca… – zaczęły przychodzić mu do głowy same najgorsze scenariusze.
– Be, be, be, be, be, be! – Doktor bez chwili wytchnienia dopingował żółwia. Ten jednak znowu zatrzymał się. Przed nimi, na leśnej dróżce stał szympans. Coś było z nim nie tak, jego szyja pozbawiona była owłosienia, wyglądała na ludzką, nie małpią.
– Złodziej, śmieciarz, bzdurny tłuczek, spadówa – z gardła szympansa wydobył się wrogi, rozeźlony okrzyk.
– Grar! Grom! Grrrrr! – Doktor odpowiedział serią warknięć. Sprowokowany szympans wskoczył na łóżko i rzucił się na mężczyznę. Zaczęli się szamotać. Łóżko zachwiało się raz i drugi i nagle przewróciło na bok. Zdezorientowany żółw zrzucił je z grzbietu i stanął obok, czekając na finał walki szympansa z Doktorem. Chwycili się za gardła.